wrz 12 2008
Sigur Rós w Warszawie
Jak zawsze brak czasu i sił na pisanie ale nie można zostawić tego wydarzenia bez echa. Oczywiście chodzi o koncert Sigur Rós, w Amfiteatrze w Parku Sowińskiego Warszawie 20.08.2008 ( środa )
Więc przyjechaliśmy na koncert około godziny 18. Dotarliśmy bez większych problemów, oczywiście dzięki dzielnemu kierowcy jakim był i jest Miś.
Park Sowińskiego biorąc pod uwagę Warszawę jest miejscem niezwykle uroczym i klimatycznym. Wszyscy wypoczywali na trawnikach a my zajęliśmy najlepsze miejsce przy furtce podglądając przez kraty co się dzieje na scenie. Zostaliśmy wpuszczeni około 19 stej. Musimy się pochwalić bo nasze długie czekanie zostało nagrodzone i weszliśmy pierwsi. Biegiem myk pod scenę na samym środku przy barierkach razem z Misiem. Miejsce idealne, myślałam , że oszaleje ze szczęścia. Cały amfiteatr jest zadaszony a dźwięk rozchodzi się bardzo pięknie. Czekaliśmy tak i oglądaliśmy sobie przeróżne bardzo stare i nowoczesne instrumenty i oczywiście laptopik z jabłuszkiem na którym były namalowane ptaszki. Cały czas leciała muzyczka Sigur’ów na scenie było też pełno maskotek różnej maści. Ogromne białe kule nadmuchane wisiały nad sceną.
Punktualnie o godzinie 20:00 na scenie pojawił się Ólafur Arnalds z towarzyszącym mu kwartetem smyczkowym. No chyba wcześniej nie słyszałam ale bardzo mi się spodobało. Pan Arnalds bardzo sympatyczny i dość kontaktowy z publicznością choć bardzo miał nieśmiały wzrok . Był speszony jak wkroczyli fotoreporterzy co nas wkurzyło, bo przy takiej muzyce słychać każdy zbyteczny dźwięk, jakim jest trzask aparatów no i rozprasza to bardzo. Suport grał króciutko ale słuchało się przyjemnie, co rzadko się zdarza przynajmniej nam, zawsze wystartują jakieś ananasy których słuchać się nie da. Nauczył nawet się wypowiadać dość ładnie słowo dziękuje. Na pewno do tej muzyki wrócimy i już w sumie słuchamy.
Około 21 zostali wyklaskani i wywołani Sigur’owie. Ubrali się dość oryginalnie nieco w nawiązaniu do swoich islandzkich stron. Najbardziej ekstrawagancki był oczywiście Jónsi miał taki długi płaszczyk zapinany na paseczki na ramionach miał tonę żelastwa w postaci łańcuchów przeróżnych. Dla mnie wyglądał jak ktoś pomiędzy Małym Księciem a elfem. Przy kołnierzu piórka, twarz wymalowana brokatem czadowe skarpetki w paski i buty ogromne co też rzucało się w oczy. Spodnie miał wciągnięte do tych skarpetek które sięgały do połowy łydki. W oczy rzuciły się też na białe lakierki Kjartan’a Sveinsson’a i kolorowa korona Orri Páll Dýrason ‘a, Georg Holm był w jakimś surducie czarnym ze wstawkami w biało czarne paski i kokardką pod szyją.
W przeciwieństwie do suportu Sirur’owie błądzili oczami gdzieś daleko i dopiero później się w końcu zaczęli uśmiechać. Mieliśmy ich jak na tacy wyło widać każda mimikę twarzy.
Na początek 1. „Svefn-G-Englar”( anioły chodzące we śnie ) i zaczarowali wszystkich swoja magia, od razu człowiekowi dusza unosi się i ludzie czuja się niebywale szczęśliwi jak na haju . Jónsi śpiewał w połowie utworu do gitary zamiast mikrofonu.



No proszę, co za przypadek, na blogu makowym znajduję linkę do ludzi z którymi kilka lat temu w samochodzie i hostelu spędziłem dwa dni, a do tego było to po drodze i w Pradze na PJ. Pozdrawiam
Co do SR, wszystko pięknie ,poza organizacją, bilety po 130 zł i siedzenie na betonowych stopniach bo było za dużo ludzi względem ilości miejsc. Tak więc duży minus dla oragnizatora. Drugi był dla mnie bolesny – po predarciu biletów powiedziano że nie można palić na obiekcie, ok szanuję, ale nei można też już nigdzie wyjść. Dla nie palacza niezrozumiałe, dla mnei po prostu złośliwe lub bezmyślne (wybierzcie sami) – co za problem powiedzieć to tuż przed przedarciem biletów?
Generalnie spędziliśmy miłe chwile w Warszawie. Koncert niezapomniany, warto było, oj warto.
No proszę jaki ten świat mały , zwłaszcza ten wirtualny
Szukaliśmy osób na wyjazd do Berlina na Radiohed na ostatnia chwile znaleźliśmy co widać na foteczkach . My mieliśmy tą przyjemność być przy barierkach , mimo wieku jeszcze nie siadamy na betonowych stopniach
Było magicznie i bajkowo
My też jesteśmy macowi
Pozdrawiamy również … no hotel w Pradze był jedyny w swoim rodzaju
[...] czasie naszego urlopu oprócz koncertu Sigur Rós w Warszawie wydarzyło się coś wartego uwagi. To w sumie nieco osobiste wydarzenie dlatego nie wiedziałam [...]